Mieczysław Abramowicz, Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć

Promocja najnowszej książki Mieczysława Abramowicza podczas I Festiwalu Kultury Żydowskiej „Zbliżenia”.

Promocja książki Mieczysława Abramowicza „Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć”odbyła się 6 października w Synagodze we Wrzeszczu, przy ul. Partyzantów 7. Przedstawiamy fragment rozmowy, jaką prowadzili ze sobą Mieczysław Abramowicz i Antoni Pawlak, poeta, publicysta, rzecznik prasowy prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.

Antoni Pawlak –  Dybukowatość lub też dybuczność jest cechą charakterystyczną dla całej twórczości Mieczysława Abramowicza, jest obecna w książce „Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć”, ale też w poprzedniej „Każdy przyniósł co miał najlepszego”. Nie mogące odnaleźć spoczynku i spokoju dusze wchodzą w ciało i umysł Mieczysława Abramowicza i on opowiada nimi. W pierwszej ze wspomnianych książek czytamy: „Historie, które opowiadam, są prawdziwe, niezależnie od tego, czy się zdarzyły, czy nie”, w drugiej: „Historie, które usłyszałem, nie są prawdziwe, chociaż wydarzyły się naprawdę”. Abramowicz opowiada zapomniane dzieje zapomnianej społeczności. Czytając te opowieści, czuje się to miasto, tych ludzi. Nieważne, czy te historie wydarzyły się naprawdę, ważne jest, że autor, nawet kiedy zmyśla, opowiada prawdę.

Zastanawiałem się, co łączy 36 osób opowiadających o swoim życiu w „Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć”. Łączy je żydowski cmentarz w Sopocie. Wszyscy zmarli mówią tymi językami, którymi posługiwali się za życia, po polsku, po hebrajsku, w jidisz, po niemiecku, po rosyjsku, po ukraińsku. Można powiedzieć, że cmentarz sopocki jest małą swoistą Wieżą Babel. Jak wchodzi się w dusze zmarłych, czy jesteś nimi, czy żyjesz ich życiem, czy raz jesteś pisarzem Mieczysławem Abramowiczem, raz jesteś modystką, raz sprzedawcą samochodów marki ford? Kim jesteś naprawdę?

Mieczysław Abramowicz – Jestem mieszkańcem Siódmego Dworu, czyli części Oliwy. Gdybym raz był sprzedawcą samochodów formy ford, a raz modystką z Sopotu, czy sprzedawcą ryb, pewnie bym bardzo szybko zwariował. Ja pozostaję zawsze sobą. Mimo że opowiadam do pewnego stopnia nie swoje historie, to paradoksalnie one są moimi własnymi. Opowiadam historie innych, ale własnymi słowami, zdaniami, akapitami. Dlatego mogę powiedzieć, że są prawdziwe, albo nieprawdziwe, albo, mimo że nieprawdziwe, to wydarzyły się naprawdę, żeby państwu „zabełtać błękit w głowie”.

Zmarli mówią nie tylko różnymi językami, ale też bardzo indywidualnymi, różnymi stylami.

Zaprzyjaźniam się z moimi bohaterami, nawet jeśli już nie żyją. Staram się odnaleźć we własnym zasobie słów ten język, ten sposób mówienia, obrazowania, narracji, jakim oni się posługiwali. Jest rzeczą oczywistą, że Eugen Königsfeld, który był aptekarzem, czyli człowiekiem niesłychanie wykształconym i przez kilkadziesiąt lat prowadził w Sopocie aptekę, będzie mówił zupełnie innym językiem niż Moses Burstein, działacz bundowski, socjalista, czy pan Rzepka, który sprzedawał ryby. Dla każdego z nich szukam i mam nadzieję że znajduję, odpowiedniego języka.

Przeczytam kolejny fragment książki: „Śmierci nie ma, jest tylko przewracanie kart Księgi od początku, by od nowa ruszyć w tę samą, a przecież zupełnie inną wędrówkę. Śmierci nie ma, jest tylko wieczne wędrowanie. Kiedy więc przyjdzie właściwy moment, trzeba wstać i wyruszyć w drogę.” Czy rzeczywiście śmierci nie ma?

W pewnym sensie śmierci nie ma, bo silniejsza od śmieci jest pamięć. Do tego chcę czytelników książki przekonać. Czy tak jest w rzeczywistości, nie wiem, bo szczęśliwie własnej śmieci jeszcze nie przeżyłem. Ten paradoks jednak głęboko we mnie jest, że własną śmierć się przeżywa. Nawet jeśli nie do końca jestem przekonany, że po tej drugiej stronie granicy coś jeszcze jest, to wierzę głęboko w to, że potrafimy żyć po śmierci w pamięci innych. Ona jest najważniejsza, pamięć i miłość, która jest innym rodzajem pamięci. Dlatego na tytuł książki wziąłem nieco zmieniony wers z „Pieśni nad pieśniami”, jednej z najpiękniejszych ksiąg o miłości, jakie kiedykolwiek w historii ludzkości stworzono.

Fascynujące w twojej książce jest to, że każdy z 36 zmarłych opowiada jakąś historię ze swojego życia. Skoro zdecydowali się je opowiedzieć po śmierci, musiały być dla nich szalenie ważne. Są to bardzo różne opowieści. Gospodyni domowa Carka Mordowicz opowiada o swoim kundlu, który wygrał wyścig, Baruch Ginzburg opowiada o pogromie w Kijowie, w którym zamordowano jego rodziców, modystka Eugenia Bielefeld opowiada o swoim zakładzie, o strojach, modzie, właściwie to jest folder reklamowy. Każdy wniósł do dzieła Mieczysława Abramowicza to, co miał najlepszego. Pozornie wydaje się, że między takimi rzeczami jak wyścig psów nierasowych i pogrom w Kijowie nie można postawić znaku równości. A może właśnie można, może jest tak, że duma, tragizm, cierpienie, radość rozgrywają się w obrębie każdej osoby i nie mamy prawa porównywać moich tragedii i radości z twoimi.

Kiedy zajmuję się historią Gdańska jako historyk, staram się ją tworzyć poprzez drobne zdarzenia. Jestem przekonany, że dużo lepiej i dokładniej można opowiedzieć historię wielkiej wojny poprzez historię jednego żołnierza, niż cytując daty i rozkazy, jakie wydał marszałek czy generał jednej lub drugiej armii. Podobnie jest w historii beletrystycznej, literackiej. Dużo głębiej można przedstawić w sposób literacki, artystyczny dzieje społeczności żydowskiej w Sopocie opowiadając jak Carka Mordowicz i jej synowie przeżywali wyścig psów wielu ras, który odbywał się co roku w Sopocie i z jaką satysfakcją mogła mówić o tym, że jej pies wygrał z psem Wysokiego Komisarza Ligi Narodów, albo jak Noach Rzepka przez kilkanaście lat sprzedawał ryby, na które czekał wraz z żonami rybaków codziennie, jeszcze przed świtem, na plaży w Sopocie. Myślę, że to dużo więcej przekazuje niż zimny, naukowy wykład. Pamięta się o całej, nieistniejącej już od kilkudziesięciu lat społeczności, która została zgładzona, poprzez pamięć o kilku, czy jak w tym przypadku o 36.  osobach. To nie jest tylko historia Carki Mordowicz, to historia całej społeczności żydowskiej Sopotu, a przy okazji samego Sopotu.

Książka „Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć” mogłaby nosić tytuł „Każdy przyniósł, co miał najlepszego”

Państwo z pewnością dostrzegają duże podobieństwa „Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć” do poprzedniej książki, nie tylko dlatego, że napisał je ten sam autor i w podobny sposób. Pojawiają się w niej pewne wątki, nawet osoby, które wcześniej ukazały się w „Każdy przyniósł, co miał najlepszego”. Podobieństwo tych dwóch książek tkwi także w tym, że „Każdy przyniósł co miał najlepszego” kończy się opowieścią zza grobu, jest opowiadana przez człowieka, który już nie żyje. Tutaj cała książka złożona jest z opowieści słyszanych zza grobu, z tej drugiej strony, jeśli ona istnieje, chociaż ta książka jest dowodem na to, że istnieje.

Mam nadzieję, że przeczytacie państwo moją książkę z uwagą i poszukacie drobnych tajemnic i sekretów, które niezbyt głęboko poukrywałem przed wami. Ich odkrycie może wywoła u was uśmiech. Dla mnie pisanie książki to nie tylko opowiadanie pewnej historii, użycie odpowiedniego warsztatu, narracji, długości zdań. To też swojego rodzaju gra z czytelnikiem.

W książce pojawiają się teksty w językach niemieckim, jidisz, ukraińskim. Tłumaczenia są dopiero pod koniec. Warto podkreślić, że autorowi udało się zgromadzić bardzo dobrych tłumaczy.

Obecność tłumaczy w tej książce jest niesłychanie ważna, do tego stopnia, że ich nazwiska zostały umieszczone na stronie tytułowej. Oni co prawda nie są współautorami książki w dosłownym sensie, ale pośrednio tak, ponieważ bez ich tłumaczeń nie udałoby mi się odtworzyć atmosfery  międzynarodowego Sopotu i społeczności żydowskiej, która również była międzynarodowa, niezależnie od tego, jak dziwnie to brzmi, bo dotyczy to jednego narodu. Żydzi, którzy mieszkali od początku XX wieku przez lata międzywojenne w Sopocie, pochodzili dokładnie ze wszystkich stron Europy i mówili wszystkimi możliwymi językami, dokładniej: mówili wszystkimi możliwymi żydowskimi językami: niemieckim, jidisz, hebrajskim, polskim, rosyjskim (bardzo żydowski język) i ukraińskim.

Mieczysławowi Abramowiczowi udało się przy okazji tej książki zebrać opowieści 36. ludzi, znaleźć pięciu dobrych tłumaczy i jeszcze paru niezłych aktorów.

Do nagrań do audycji plenerowej, która tydzień temu odbyła się na Cmentarzu Żydowskim w Sopocie oraz do słuchowiska, jakie przygotowuję wraz z Jackiem Puchalskim dla Radia Gdańsk i które będzie emitowane w tym miesiącu, udało mi się zaprosić naprawdę znakomitych aktorów. Przede wszystkim naszych aktorów gdańsko-sopockich, którzy mieszkają w Sopocie. Wydawało mi się to oczywiste. Są tu: Ryszard Ronczewski, Elżbieta Goetel, Kuba Dąbkowski, Andrzej Nowiński, Maciej Szemiel, Krzysztof Gordon. Udało się też zaprosić kilkoro aktorów do nagrań obcojęzycznych, między innymi jest tu Gołda Tencer, czy Żanna Gierasimowa, znakomita aktorka i pieśniarka rosyjska, mieszkająca w Polsce i wiele innych osób. Wśród nich jednym z aktorów był naczelny rabin Polski, Michael Schudrich, który nagrał modlitwę kadisz. To nie jest oryginalny kadisz, został napisany przeze mnie, ale na wzór oryginalnej aramejskiej modlitwy, która została znakomicie przetłumaczona na hebrajski z elementami starohebrajskimi i aramaejskimi.

Opr.:Olga Brzeska

Promocja książki Mieczysława Abramowicza „Bowiem jak śmierć potężna jest pamięć”, Synagoga, 6.10.2013.

Dodaj komentarz