Biedroń, Dałek, Gosławska, Matuszewski i Redosz w 23. Subiektywnym spisie aktorów J.Sieradzkiego

Rekordowa liczba trójmiejskich aktorów pozytywnie zauważonych w zestawieniu Jacka Sierdzakiego. Pochwalona została także Barbara Derlak [nadzieje] – „Nie aktorka, lecz muzyk liderka zespołu „Chłopcy kontra Basia”, m.in. za rolę w gdańskim „Portrecie damy”.

Zobacz cały Spis na stronie www.e-teatr.pl

 

Piotr Biedroń [na fali]

Nikt nie miał od dawna takiego wejścia na scenę: nago, głową w dół, z rajskiego ogródka podwieszonego do góry nogami pod sufitem prosto na twardą, polską ziemię z wizji Żeromskiego. To nie są żadne metafory – proszę spojrzeć na zdjęcie. Czysto retoryczna rola Cezarego Baryki nie dorównuje już potem może tak przebojowemu entrée – ale jest dobrze skonstruowana, żarliwa. Świetny sezon, bo różnorodny: główny bohater w „Przedwiośniu”, błaznowanie po pseudofrancusku w „Wesołych kumoszkach z Windsoru”, utrzymany na granicy pastiszu (ale bez jej przekraczania) dandys z „Portretu damy” w spektaklu Eweliny Marciniak. Grać dużo i w wielu stylach; nie ma lepszej recepty dla aktora, by nie rdzewieć.

Katarzyna Dałek [na fali]

Wymarzona do „Portretu damy” według Henry’ego Jamesa, z którego Ewelina Marciniak zrobiła w gdańskim Wybrzeżu trochę kampową, trochę operową, mocno ironiczną i gorzką opowieść o całkowicie niepoprawnej (wedle dzisiejszych reguł) drodze kobiety, na której dojrzałość oznacza jednocześnie stratę wolności. Jej Isabel jest w pierwszych scenach wcieleniem spontaniczności, upajania się swobodą sposobu bycia, bezpośredniością, bezpruderyjnością – i gdzieś w trakcie opowieści ten blask blednie, przygasa, daje się zamknąć w niewolę społecznego konwenansu. Wszystko, co dzieje się z postacią, odciska się w ciele aktorki, idealnie swobodnym na początku, potem przedziwnie samo-się-krępującym. Nie pierwsza to jej tak efektowna rola we współpracy z tą reżyserką – vide „Amatorki”; na drugim biegunie stoi powściągliwa, retoryczna Maria Zarębińska w „Broniewskim”: imponująco szerokie możliwości.

Renia Gosławska [zwycięstwo]

Oczywiście, oczywiście, pamiętam ją z „Chłopów”, z występów na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, z dramatycznej roli w „Piaskownicy” w jednym z offowych gdyńskich teatrów. A jednak los kazał mi oglądać w tym sezonie aktorkę gdyńskiego Muzycznego akurat w repertuarze dla dzieci i dałem się olśnić pomysłowością, dynamiką i wdziękiem w „Sindbadzie Żeglarzu” a jeszcze mocniej w składance „Tuwim dla dzieci”. Gdzie śpiewa, tańczy, recytuje, gra na pianinie i wciąga smarkaterię do zabawy z tak wulkaniczną, rozsadzającą energią, jakiej nie spotyka się na co dzień w teatrach ani dla dzieci, ani dla dorosłych. Po prostu: indywidualność jest indywidualnością w każdym zadaniu, a komuś, komu tak się chce tu, będzie chciało się wszędzie. Ku naszej frajdzie, tej dziecinnej i tej dorosłej naraz.

Krzysztof Matuszewski [zwycięstwo]

Widzę go w gdańskim Wybrzeżu od lat, zwykle w rolach drugoplanowych. Wygląda na to, że doczekał się swego czasu. Tego specyficznego momentu w życiorysie aktora, kiedy się zgrubło, podłysiało, ma się rozmaite doświadczenia życia wypisane na facjacie, a ciało jeszcze działa sprawnie i stać je na rozmaite fizyczne wygibasy, które lubią reżyserzy. Na przykład Ewelina Marciniak chętnie go obsadza w roli lekko starszych bohaterów – w „Amatorkach”, w niewydarzonym „Ciągu”, także w „Portrecie damy”, z ewidentną satysfakcją patrząc, jak wnosi tymi tatusiami i wujami energię innego typu niż naturalna witalność młodych kolegów. I jak pięknie dotrzymuje im kroku, a niekiedy wręcz każe siebie gonić.

Andrzej Redosz [zwycięstwo]

Stare powiedzonko o aktorze wysokim na twarzy i pociągłego wzrostu, także do niego może się stosować. Wieloletni członek zespołu lubelskiego Teatru im. Osterwy, a od paru lat gdyńskiego Teatru Miejskiego im. Gombrowicza należy do tych przedstawicieli zawodu, którzy rzadko dostają główne role, ale ich obecność w tle, wyraziste epizody są jak przyprawa w dobrej zupie: decydują o smaku. Maleńkie wyraziste w samej sylwetce, w sposobie scenicznego bycia rólki Tichona w „Biesach”, czy ostatnio pryncypialnego policjanta w opowieści Pawła Huellego i Krzysztofa Babickiego o Beatlesach („Żółta łódź podwodna”) powinny w zasadzie rozpływać się w całości widowiska, a jednak prawie zawsze zostają gdzieś na brzegu wdzięcznej pamięci. Zasłużenie.

sier55

Dodaj komentarz