Pomorscy aktorzy w Subiektywnym spisie Jacka Sieradzkiego

Jak co roku został ogłoszony alfabet Sieradzkiego, czyli subiektywne oceny dokonań artystów w minionym sezonie. Wśród dostrzeżonych przez krytyka znalazło się czworo artystów z naszego województwa.

Magdalena Gorzelańczyk [nadzieje]

Można powiedzieć, że znakiem jej Jadwigi ze „Śmierci białej pończochy” jest ciało: nagie, chude, pozbawione włosów, nieuformowane ciało podlotka, które uczy się dopiero własnej kobiecości a i tak za chwilę zostanie skonsumowane przez dzikiego Litwina. To dojrzewanie jest fascynujące, dziecinada sąsiaduje z kokieterią, bezbronność z wyrachowaniem. Jeszcze przed szkołą aktorską zetknęła się z teatrem tańca, to, wolno sądzić, procentuje siłą wyrazu, uzupełnia skąpy tekst, który krakowskiej królowej ofiarował Marian Pankowski w starej a nie grywanej sztuce. Świetny nabytek gdańskiego Wybrzeża; ma się z czego cieszyć reżyser jej debiutu, Adam Orzechowski.

Monika Janik [nadzieje]

Pamiętam ją jeszcze z dyplomowego „Wesela”, jakie w szkole wrocławskiej zrobiła Monika Strzępka; jej pyskata, ostro kreślona Panna Młoda zwracała uwagę od pierwszego wejścia, wybijała się z tłumu weselników. Ale też ma w sobie naturalny liryzm, przebijający nawet spod chamsko groteskowych pierwszych działań Dżiny w „Dwojgu biednych Rumunach mówiących po polsku” Doroty Masłowskiej (reż. Paweł Świątek) a potem kulminujący w finale dramatyczną, naiwną prostotą. A w „Tlenie” Iwana Wyrypajewa (reżyserski debiut Aleksandry Skorupy) jest już liryką wcieloną: pastelową, ze złotymi ozdóbkami wokół oczu, co daje im egzotycznie-pomnikowy wyraz, ze skupioną hieratycznością najprostszych działań typu przelewanie soku do dzbanka, które śledzi się w napięciu jako ważny, choć nie we wszystkim zrozumiały rytuał. Dobrze, że dostaje tak ciekawe zadania; słupski Nowy Teatr ma na kogo chuchać i dmuchać.

Maciej Wizner [na fali]

Pisałem tu o młodym aktorze, który w roli zakochanego dzieciaka z „Romea i Julii” nie poczuł się komfortowo. Za to on jako Romeo poczuł się chyba dobrze, mimo że na scenie jest już, chwalić Boga, z górą dziesięć lat, najpierw w Katowicach, teraz w Teatrze Miejskim im. Gombrowicza w Gdyni. Nie znać po nim wieku? Przesada: znać, ale w najkorzystniejszy sposób, gdy młoda aparycja i wigor idzie w parze z doświadczeniem. I gdy najskuteczniej zdobywa się widza, zderzając swobodę i pogodę, by tak rzec wpisaną w każdy ruch i gest – z dramatycznym wyzwaniem. Tak jest w „Kursku” Pawła Huellego i Krzysztofa Babickiego, gdzie jest jednym z marynarzy gotujących się na podwodną śmierć, tak było w „Locie nad kukułczym gniazdem” czy w bodaj najciekawszych „Biesach”: od jego szczerego i niewinnego zapału do zbrodniczych manipulacji przechodziły tam ciarki. A w tragedii Szekspira Babicki pomógł mu, przenosząc konflikt rodów Werony we współczesną plemienność (kibolstwo), więc nie wbijając go w historyczny kostium. Jest dzisiejszym, dalece nie dzieciakowatym zabijaką, który się zakochał i wierzy się w tę miłość.

Katarzyna Wojasińska [zwycięstwo]

Dobrze, że jej Yennefer jest tak niehollywoodzka. Że jest w tej czarownicy głównie mrok, a poza tym duma, i pasja, i nawet agresja. Że nic w jej związku z wiedźminem Geraltem nie jest stereotypowe. Tak obsadzając i tak prowadząc aktorkę (jej partnera, Krzysztofa Kowalskiego też), Wojciech Kościelniak osiągnął, twierdzę, najważniejsze w tym świetnym spektaklu: zrobił „Wiedźmina” – tak jak Andrzej Sapkowski go napisał – dla dorosłych. Nie dla dzieciaków łaknących tylko komputerowych strzelanek z łuku. Yennefer ma zaciśnięte usta, przez które nie może przecisnąć się uśmiech. Jest w ciągłej gonitwie, w działaniu, jakby się bała przystanąć. Takiej musicalowej amantki jeszcze nie widziałem; to rewolucja w konwencji. A aktorkę pamiętam jeszcze w roli z zupełnie innego kosmosu: z szopą kłaków na łbie zagrała… downowatego Maciusia z „Klanu” w przystosowanej do polskich realiów, prześmiewczej i prowokacyjnej „Avenue Q”, którą także w gdyńskim Muzycznym brawurowo wyreżyserowała Magdalena Miklasz.