Wywiad z Dorotą Kolak po filmie „Chce się żyć”
Pani powiedziała kiedyś, że lubi, gdy kolejne role są „przekroczeniami słabości”.
– Jest we mnie gotowość do tych przekroczeń. Mimo że prywatnie jestem – mówię to z pełną świadomością – tchórzliwa. Boję się kredytów, tłumów, samolotu, tysiąca rzeczy. Jestem poukładana, porządna, sprzątająca, obowiązkowa. Ciągle czytam w wywiadach z aktorkami: „Ach, taka jestem szalona, niepunktualna, telefon w lodówce”… No, mnie się takie rzeczy nie zdarzają. Mam wszystko zapisane, zaplanowane. I pewnie sobie rekompensuję tę „układność” swoimi rolami. Potrzebuję wentyla, bo w gruncie rzeczy ta porządność mi ciąży. I z rozkoszą pozwalam sobie na różne przekroczenia zawodowe.
Różne, czyli…?
– Takie, które wymagają pokonania bariery wstydu. Fizycznego, cielesnego, ale przede wszystkim wstydu przed opowiadaniem o swoich „ciemnych zakamarkach”.
Trzeba się rozebrać prawie do rosołu, jak w sztuce „Słodki ptak młodości”, za którą panią nagradzano. Podchodzi pani zadaniowo?
– To nie dzieje się na szybko, muszę sobie każde przekroczenie zracjonalizować, ale tak – jestem zadaniowcem. I dlatego uważam, że gdyby mi się ten zawód nie powiódł, organizowałabym śluby. Bo tam wymagana jest organizacja, a z drugiej strony – dużo empatii.
To już mam odpowiedź na pytanie: „Jeśli nie aktorstwo, to co?”. Ale czy mogła pani w ogóle uciec od zawodu artysty? Tata – kierownik techniczny w krakowskich teatrach, mama – nauczycielka tańca, babcia – taperka w kinie. I prababki Siadkówny, których było sześć i grały w swojej orkiestrze.
– Ale mnie aktorstwo wcale tak łatwo nie przyszło. Miałam wadę wymowy. W poradni przed egzaminami usłyszałam, że z takim „r” mogę co najwyżej zostać konferansjerem. Zaparłam się, rok ćwiczyłam, zdałam. Na studiach nie czułam się pewnie. Byłam czarnym kurduplem ze słabym głosem. Miałam poczucie, że muszę zasuwać. Że jeśli się nie zaharuję, to nic się nie uda. Dziś żałuję, bo na studiach mogłam bardziej poświrować. Około 50. urodzin powiedziałam sobie: „Nie jest najgorzej, przestań mendzić!”
Przyznała pani w którymś wywiadzie, że późno polubiła siebie…
– Przez wiele lat nie umiałam siebie zaakceptować jako aktorki i jako kobiety. Nie uważałam, że jestem szczególnie urodziwa, szczególnie przydatna do tego zawodu. Dużo czasu mi zajęło, nim sobie powiedziałam: „Zaraz, masz tyle lat, ile masz, wyglądasz, jak wyglądasz, ale – do cholery! – nie jest tak najgorzej. Przestań mendzić”.
Jaki to był moment?
– Około pięćdziesiątki. Po odejściu kilku przyjaciół i znajomych uświadomiłam sobie, co jest ważne. Zdrowie, ludzie wokół, bycie z drugim człowiekiem w sposób istotny. To, czy mam parę kilo w tę czy w tamtą… Czy przez to, że schudłam trzy kilo, coś się zmieniło w życiu?
Za i więcej:
http://www.styl.pl/magazyn/wywiady/news-dorota-kolak-cztery-kroki-biegne-trzy-ide,nId,1027493
Zobacz także: Kocham moje zwariowane życie
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.