Laurie Anderson na festiwalu Artloop w Sopocie

Bardo buddyjski performance, czyli Lolaballe wróci na urodziny. Laurie Anderson na festiwalu Artloop w Sopocie

Piotr Wyszomirski

Columbus Audiohall w sopockim Sheraton Hotel gościła wczoraj artystkę legendarną i wielotworzywową. 66-letnia dziś Laurie Anderson jest performerką, kompozytorką, piosenkarką, opowiadaczką historyjek i nowych bajek, plastyczką, pisarką; reżyseruje, tworzy instalacje i konstruuje instrumenty. Do historii przejdzie przede wszystkim dzięki utworowi „O Superman”, dwóm bardzo udanym płytom łączącym w komunikatywnych proporcjach poszukiwania artystyczne z atrakcyjnością przekazu („Big Science” i „Mister Heartbreaker”), współpracy z Peterem Gabrielem i związkowi z Lou Reedem. Anderson miała też w swojej karierze realizacje wręcz popowe (płyty „Strange Angels” i „ Bright Red”), ale już od dawna prawie nie śpiewa, tworząc multimedialne performance. I choć jej popularność dzisiejsza jest nieporównywalna z najlepszym okresem, to pozycja  w historii amerykańskiej awangardy jest niepodważalna. Dla tych, którzy zatrzymali się w latach 80. i przyszli posłuchać Petera Gabriela w spódnicy albo po prostu piosenek, piątkowe spotkanie było rozczarowaniem.

Performance „Dirtday!” powstał w 2012 roku i jest ostatnią częścią trylogii, którą współtworzą: „Happiness”(2002) i „The End of the Moon”(2004). Przez 90 minut solowego występu performerka tworzy całość z szeregu opowieści ilustrowanych lub dopowiadanych muzyką tworzoną na skrzypcach, instrumentach klawiszowych oraz przetwornikach dźwięku. Ascetyczna scenografia, kilkadziesiąt świec, fotel, mały, pionowy ekran i stanowisko dla instrumentów, najczęściej żólte,czerwone lub zielone światło. I tłumaczenie na język polski na czołowej ścianie sceny. Tak wyglądał sopocki Dżamaa al-Fina.

Opowieści Laurie Anderson to zbiór refleksji i historii. Hipnotyzująca opowiadaczka dowcipnie rozważa konsekwencje zmiany nazwy naszej planety na Brud czy skutki występowania w większej ilości we Wszechświecie takiej planety jak Ziemia. Zadaje niewygodne pytania, np.: gdyby tych planet było więcej i każda z nich miałaby papieża, to który papież byłby ważniejszy? Poznajemy też nowy wątek w teorii Darwina, w którym decydującą rolę odgrywa nie siła przetrwania, ale piękno (pawiego) ogona. Osobne miejsce zajmuje rozbudowana opowieść o śmierci ukochanego psa Lolabelle. Rozważania towarzyszące pożegnaniu ważnej istoty w życiu artystki doprowadzają do różnych wniosków. Choćby do tego, że śmierć najbliższych wyzwala ogromne pokłady miłości, która sublimuje się w postaci aktów szlachetnych, takich jak fundowanie przez dotkniętych stratą dziecka rodziców szpitali czy centrów badań nad chorobą, na którą zmarło dziecko donatorów.

Anderson po śmierci ukochanego zwierzęcia nie potrafiła przestać o nim myśleć. Chciała wyzwolić się z obsesji i poprosiła o radę swojego mistrza Rinpocze. Ten jej odpowiedział, by za każdym razem, gdy pomyśli o Lolabelle, podarowała komuś jakąś rzecz.

– Ale musiałabym bezustannie komuś coś darować!

– No i co? – odpowiedział na to Rinpocze.

Jest jednak i dobra wiadomość w tej opowieści. Według wierzeń Tybetańczyków każda istota żywa po 49. dniach pobytu w stanie bardo powraca w nowym wcieleniu. Dzień powrotu Lolabelle to dzień urodzin… Laurie Anderson.

Dzięki wysłuchaniu performerki wiemy też, co zrobić po śmierci: gdy ukażą nam się dwa źródła światła, bliższe i dalsze, nie zapomnijmy, że mamy skierować się ku temu bardziej odległemu. To ważne, bo nie każdemu podczas umierania będą towarzyszyć tybetańscy mnisi wykrzykujący do ucha wskazówki ( słuch jest według nich najdłużej żyjącym zmysłem).

Doniesienia gwiazdy tegorocznego Artloopa to czasami opowieści małej dziewczynki, która chce wymyślać zdarzenia, które na pewno nigdy nie miały miejsca, a innym razem chłodne refleksje  zdystansowanej, „próżniowej”, obojętnej na wszystko buddystki. Sprawy wszechświata mieszają się z drobiazgami, zabawami onomastycznymi i fantastycznymi opowieściami. Nie ma odkrywczych prawd w opowieściach mieszkanki Nowego Jorku, bo takich prawd już dawno nie odnaleziono i nie zanosi się w najbliższym czasie na przełomowe dokonania w tym zakresie. Ale nawet w kategorii prawd dawno poznanych, bo do takich trzeba zaliczyć objawienia z „Dirtday!”, spodziewałem się więcej. Choćby wątek snu – można było ciekawiej rozwinąć informację o tym, że artystka przespała 21 lat. Cieszy jednakże poczucie humoru – fragment z elektronicznym przetwornikiem w ustach, dzięki któremu Amerykanka mogła zrealizować swoje marzenie, czyli śpiewać jak skrzypce, szczerze bawi.

Anderson ciągle dysponuje hipnotycznym głosem, dzięki czemu jej opowieści miały dodatkowy walor muzyczny. Szkoda, że ta legendarna artystka nie zrobiła większego użytku z wokalnego talentu, dzięki czemu jej występ mógł być niezapomniany. Publiczność, jak to zwykle przy odbiorze sztuki nowoczesnej bywa, zaprezentowała pełen wachlarz reakcji: od szczerych, fizjologicznych (głęboki sen), po entuzjastyczny aplauz, na który Laurie odpowiedziała już na bis solo na skrzypcach. Na pewno nie wrócę po „Dirtday!”, ale co jakiś czas, jak to bywa od lat wielu, chętnie przypomnę sobie, co słychać u niejakiego Sharky’ego.

Laurie Anderson, Dirtday! Columbus Audiohall w sopockim Sheraton Hotel, 6 września 2013. Performance w ramach festiwalu Artloop 2013

Źródło: Gazeta Świętojańska

 

 

Dodaj komentarz