Jerzy Jeszke: sławni, ale nie popularni
Polski aktor, Jerzy Jeszke, od kilkunastu lat występuje u Romana Polańskiego w spektaklu „Taniec Wampirów”. W zeszły weekend wszedł na scenę po raz 2500. To historyczny i międzynarodowy sukces polskiego teatru.
Panie Jerzy, rekordowy 2500 raz na scenie u samego Polańskiego. Jakie to uczucie?
– To dla mnie wielkie wyróżnienie, że Roman Polański zaufał mi i powierzył interpretację roli Chagala. Praca z taką osobowością to spełnienie marzeń. A warto marzyć. Nas, studentów Danuty Baduszkowej, matki polskiego musicalu, uczono pokory do sztuki. Owszem, chcieliśmy być sławni. Sławni, ale nie popularni. Bo to zasadnicza różnica. Osobami popularnymi gardziło się. Bo popularna, to taka osoba, która zapowiada pogodę. A sławni przechodzili do historii.
Teraz pomieszało się pojęcie popularności z jakością.
– Moje pokolenie od młodości było uczone wyobraźni, ciężkiej pracy, cierpliwości. Obecnie każdy jest gwiazdą, albo na taką się kreuje. Proszę sobie wyobrazić, że aktor sceniczny codziennie występując na scenie zdaje egzamin. To uczy pewności na scenie. Szukania w sobie takich cech, aby jakość tego, co robimy, była zachowana. Żeby dojść do istoty musicalu trzeba wyjść od pojęcia teatru muzycznego, który ma też w Polsce piękną tradycję. Musical jest również formą teatru muzycznego. Rewolucjonistką w teatrze muzycznym w Polsce była Danuta Baduszkowa, która podążała swoją drogą między wrażliwością broadwayowską a wiedeńską.
Czy korzysta Pan z Internetu?
– Tak, do komunikacji. Ale generalnie Internet to strata czasu, bo każdy może napisać co chce o kimkolwiek. Nie lubię widzieć małości ludzkiej, poniżania innych ludzi. Ci, co piszą sami się poniżają. Aktor ma umiejętność obserwacji ludzi. Ale ja mam ten komfort, że mogę sobie wybrać swój świat, gdzie na nic się nie jest skazanym. To wolność wyboru.
Wyjechał Pan na zachód 25 lat temu. Jak Pan patrzy na tę decyzję z dzisiejszej perspektywy?
– W tamtych czasach osiągnąłem w polskim teatrze muzycznym już wszystko. Chciałem się dalej rozwijać i odnieść zagraniczny sukces. Gdy wyjechałem, aby dać sobie tę szansę, pojawiły się kompleksy, że jesteśmy z tej gorszej części świata. To było typowo polskie. Bo tak nas wychowywano, uczono. Ale kompleksy uciekły w momencie, gdy wchodziło się na scenę. To było lekarstwo na pozbywanie się kompleksów na zachodzie. W końcu lat 80., a nawet do połowy 90., w Polsce nie było show-biznesu. Nie było agentów, managerów. To się dopiero rodziło. A ja na zachodzie musiałem cierpliwie sam ten świat poznawać od podszewki. Nie miałem wsparcia agencji, mediów… Ale udało mi się na tyle rozwinąć, że ciężką pracą i samozaparciem osiągnąłem sukces.
Jest Pan jedynym polskim aktorem musicalowym, który odniósł sukces. Ale czy były porażki?
– Oczywiście. Bez porażki nie ma sukcesu. Czasem się nie udawało. Na pierwszą wielką rolę w musicalu czekałem cierpliwie kilka lat. Teraz na bazie moich doświadczeń staram się pomagać innym. Cieszę się, że teatr muzyczny w Polsce tak wspaniale się rozwija. Wciąż ubolewam nad stratą jaką poniósł Teatr Muzyczny w Gdyni, region pomorski, jak i polska kultura, a szczególnie środowisko teatru muzycznego w chwili nagłej śmierci nieodżałowanego kierownika tej kulturalnej placówki, jakim był dyrektor Maciej Korwin. Służę swoim międzynarodowym doświadczeniem. Niedawno przesłałem młodym artystom kilka słów wsparcia, bo ukończyli szkołę aktorską. Oni nie muszą się niczego bać na zachodzie, jeśli tylko solidnie pracowali, a wiem, że przygotowywani byli pod okiem wybitnych pedagogów. Mam nadzieje, że najzdolniejszych szybko zobaczę na światowych scenach.
Jakie to uczucie być na scenie?
– To coś pięknego. Mam radość, kiedy uda mi się kogoś wzruszyć. Dać mu do myślenia. Na scenie ma się władzę. Można zawładnąć publicznością. Ale ja nie mam prawa aż tak człowieka poruszyć. Na scenie nie wystarczy grać. W życiu nie wystarczą same poglądy. Jedno i drugie trzeba umieć głośno wyrazić, wypowiedzieć. Wtedy się bierze za to odpowiedzialność. Jako aktor mam prawo do pomyłki. Można mnie zweryfikować. Wszystko widać na scenie, podczas każdego spektaklu. Gram 7 przedstawień w tygodniu, nieustannie od wielu lat. Poświęcam się temu zawodowi. Wręcz obnażam się, aby widzowi przekazać emocje, wzruszyć go, skłonić do refleksji. Staram się też promować Polskę i piękną kulturę polską poza jej granicami. Zaproponowałem też kilka polskich wątków w spektaklu, które reżyser zaakceptował.
Czym jest kariera dla czołowego, światowego interpretatora gatunku?
– Karierą jest to, że jesteś i trwasz. Masz odwagę i konsekwencję. I utrzymujesz się na swoich warunkach. Nie podlizujesz się. Kręgosłup wartości trzeba obligatoryjnie zawsze utrzymać. Jeśli ktoś jest zainteresowany przebiegiem mojej kariery, wszystko jest na moim Facebooku. Kariera ma swoje koszta. Poświęcenie rodziny dla kariery. Trzeba uważać, aby nie poświęcać za dużo. Rodzina i miłość są najważniejsze. A miłość to tęsknota. W tęsknocie objawia się to uczucie. Miłość to stan, gdy chce się dawać, a nie tylko brać. To rozdawanie świadome, w tym jest radość z kariery.
Ma Pan status gwiazdy musicalu. Czy nadal ma Pan motywacje do sięgania po nowe wyzwania?
– Praca aktora to nieustanny rozwój i inwestowanie w siebie. Nie czuje się aktorem spełnionym, bo odcinałbym tylko kupony od tego, co już zrobiłem. Zagrałem we wszystkim musicalach, które sobie wymarzyłem, Phantom of the Opara, Miss Saigon, Les Miserables… U największych producentów i reżyserów, Mackintosha, Webbera, Polańskiego. Byłem na Broadwayu, w Londynie, Wiedniu, teraz gram w Berlinie. Ważne, by nie chcieć za dużo, bo trzeba mieć w życiu tylko tyle, aby cię nie upokorzyli. Mieć wino, kilka oliwek. To artyście wystarczy.
Dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję i pozdrawiam.
Źródło: Teatr dla Was
Zobacz także bardzo starannie przygotowaną stronę J.Jeszke na wikipedii
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.