Po V edycji Festiwalu Monodramu Monoblok

Jedyna recenzja po tegorocznej edycji Monobloku.

Danie główne: non fiction. Po V edycji Festiwalu Monodramu Monoblok

Katarzyna Wysocka

Monoblok wpisał się trwale w kalendarz kulturalny naszego regionu, stając się przykładem zwartego przeglądu sztuk pisanych dla jednego aktora. Śmiało można powiedzieć, że co roku festiwal zaskakuje. Najczęściej są to niespodzianki artystyczne, odsłaniające zapotrzebowanie aktorów na monodram, czyli publiczną wiwisekcję umiejętności, koncepcji i stylu. W tym roku program przedstawiał się bardzo obiecująco, uczestnikami konkursu byli zarówno aktorzy dojrzali, z dużym dorobkiem, jak również ciekawi, młodzi twórcy niezależni. Zaskoczeniem innego typu była wyjątkowo niska frekwencja, która przy tak interesujących pozycjach teatralnych po prostu bardzo smuciła.

Tegoroczny Monoblok, poza trzema spektaklami, można by wpisać w szeroki nurt teatru non fiction, opierającego się na udramatyzowanych historiach prawdziwych. Były więc: historia serbsko-chorwackiego konfliktu narodowościowego, Holokaust, choroba nowotworowa, historia Marylin Monroe, reżim w Rumunii za czasów Ceaușescu. Losy pojedynczych ludzi przeplatały się z prawdami o poszczególnych narodach i zależnościach ogólnocywilizacyjnych.

Caryl Swift rozpoczęła Monoblok „Matką Meyrą i jej dziećmi”. Pochodząca z Wielkiej Brytanii aktorka przemawiała słowami doktor Ewy Klonowskiej, antropolog badającej kilkanaście lat ludzkie szczątki znajdujące się w grobach na terenie Bośni. Wcieliła się w rolę matki Meyry poszukującej swoich dzieci po zawierusze wojennej. Nie ma tu cienia wątpliwości, że bohaterki obarczone wielkim ciężarem, muszą toczyć walkę z własną bezsilnością wobec ogromu cierpienia, jakie je cmentarnie otacza. Towarzyszą również obojętności, jaką ujawniają dziennikarze i urzędnicy przyglądający się ekshumacjom. Niewinne ofiary zbrodni wojennych przeliczane są na piszczele, czaszki, fragmenty kości, które z ogromną wytrwałością dr Ewa próbuje poskładać niczym dziecięcą układankę. Caryl Swift, mimo przejmującej prawdy, jaką wygłasza o ludzkiej nienawiści doprowadzającej do wojen i bezczeszczenia pamięci, nie przekonała mnie swoją grą. Zbyt uproszczona poetyka przekazu, „nachalne” wręcz stanie na scenie i wygłaszanie kwestii, mimo wszystko stonowana mimika, nie wpływały na gradację emocji, na dramatyzowanie historii.

Łukasz Sajnaj przedstawił w swoim monodramie „Bon Voyage” historię odkrywania tożsamości przez gwiazdora sceny francuskiej Gilberta Bécaud. Prawda odsłaniana mozolnie w okresie dorastania piosenkarza staje się dla niego bolesna tym bardziej, że matka chce uciec od wspomnień. Bohater styka się nie tylko z historią ojca, którego tak bardzo potrzebuje, ale również staje w obliczu zagłady narodu żydowskiego, którego członkiem był ojciec Francois (właściwe imię piosenkarza). Monodram staje się spersonalizowaną, choć tylko konfabulowaną, historią ofiary Holokaustu, zagazowanej w obozie koncentracyjnym. Łukasz Sajnaj zagrał bardzo sprawnie, ilustracyjnie wręcz. Obraz, który na długo pozostanie mi w pamięci, to scena dosłownego wstrzymania oddechu przez aktora poprzez zanurzenie głowy w napełnionym wodą akwarium.  Jako Francois „pokazywał” tacie, jak „może” uratować się przed gazem. Zabrakło mi ciszy, dojrzałego dystansu do postaci. Sajnaj był przede wszystkim wulkanem energii.

„Bóg jest kobietą o jednej piersi” Anny Iwasiuty-Dudek to dojrzała introspekcja kobiety, której przypadło w udziale materii świata toczyć walkę z rakiem. Nie jest w tym odosobniona, specjalnie wyróżniona czy nieprzeciętnie silna. Walka to nieustanne przyglądanie się i wsłuchiwanie – w ciało, głowę, innych. Ciało przemawia własnym głosem, nie słucha głowy, zanika, twardnieje, przeraźliwie boli. Mięso, kostki, ścięgna. Kiedy kobieta czuje w zenicie swoją kobiecość? Gdy doświadcza utraty. Odjęta pierś nie boli, boli pamięć po niej, którą jest w stanie wypełnić tylko miłość drugiego człowieka. Strach, korytarz, badanie, proszę się położyć, tu są ręczniki. „Bądź wola twoja w każdym mięśniu i ścięgnie, dotyku naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. A na końcu tego wszystkiego jest wyznanie miłości do męża, bez pośpiechu, z troską o każdy oddech i szelest głoski, o wszystkie niewerbalne podziękowania, którymi okopała się ich miłość. Brak piersi wypełnił nadmiar miłości, suchość w ustach – rzeka gestów, strach zastąpiony został obietnicą trwania, cisza wypełniona została światłem, płacz doznał pocieszenia, rozpacz poznała nadzieję. Czytaj więcej.

Anna Iwasiuta-Dudek pokazała niezwykłą dojrzałość sceniczną, bawiła się ciszą, „smakowała” nastroje, poddawała się muzyce. Z ogromną przyjemnością podziwiałam artystkę na scenie. Mam ogromną nadzieję, że będzie mogła w końcu rozwinąć skrzydła w zawodowym teatrze dramatycznym, bo wydaje się być pięknie gotowa.

Magdalena Płaneta, aktorka, reżyserka, autorka tekstów, twórczyni Teatru Planeta M, przedstawiła publiczności monodram „Ćma – Marylin Monroe, jakiej nie znacie”, którego premiera miała miejsce 13 września tego roku w Teatrze Rondo. W godzinnym spektaklu objawiła się jako sprawna, urokliwa, błyskotliwa artystka, która swej bohaterce w dowolny sposób nadaje powabu, czarując publiczność, śmiechem, gestem i opowiadaną historią. Tekst napisany przez Płanetę jest czytelny, zgodny z historią aktorki, symbolu seksu, wiecznie poszukującej miłości i ciepła kobiety. Jej losy wzruszają, bo nawet na scenie rozrastają się niczym pajęczyna, z której nie ma ucieczki. Magdalena Płaneta w dużym tempie czaruje publiczność Monroe, używa atrybutów charakterystycznych dla filmowej gwiazdy. Największym jej atutem był przecież uroczy śmiech, figlarny, zadziorny. Z ogromną przyjemnością poddawałam się rytmowi, jaki zaproponowała Płaneta.

Aleksandra Kugacz, tegoroczna zwyciężczyni Monobloku, przedstawiła według własnego tekstu sztukę o rumuńskim reżimie Nicolae Ceaușescu, dyktatora, multimilionera i oprawcy narodu. Nie on był jednak bohaterem, stała się nim zbiorowość, ofiary systemu, poddawane wieloletniej przemocy psychicznej i fizycznej. W monodramie pojawiają się fragmenty prozy noblistki Herty Müller, wspominającej dzieciństwo w zamieszkałej głównie przez Niemców rumuńskiej wiosce – Banacie. Jej wspomnienia to zbiór zdarzeń i emocji, jakie towarzyszyły autorce podczas przymusowego wchodzenia w dojrzałość w komunistycznym kraju. Cynizm, bezprawie, strach, poniżenie, napiętnowanie, przemoc fizyczna to główne składniki świata, jakie przedstawia Kugacz. Okrasza opowieść fragmentami ludowej muzyki, jaką wykonuje na akordeonie. To dojrzała, bogata w znaczenia historia o niewoli rumuńskiego systemu.

Trzy pozostałe spektakle to literackie opowieści o człowieku. Jacek Zawadzki w „Hantio” stał się samotnikiem, głoszącym pochwalę stałości, jaką czerpał z… prasowania starych książek. Praca przy maszynie dawała mu poczucie kreowania świata przedmiotów martwych. Monodram był starannie przygotowany, z literacką uważnością, jednak nie zachwycił, w konfrontacji z wcześniejszymi monodramami niemal z gatunku dokumentalnego, nie poruszał, trącił o zwyczajność. Niektórzy widzowie zadawali sobie pytania o sens tego typu spektakli.

Dwie ostatnie propozycje były nieporozumieniem. „Macbeth” w wykonaniu Petera Čižmára to jednoosobowy, sceniczny dramat niemal wszystkich postaci z szekspirowskiej tragedii. Nieporozumienie polegało na tym, że aktor zagrał po słowacku, bez tłumaczenia nad sceną, pozbawiając widza możliwości konfrontowania doboru fragmentów tego powszechnie znanego tekstu stradfordczyka. Čižmár zagrał „szeroko” i ostentacyjnie, pokazując niemal wszystkie możliwe emocje w sztuce dla jednego aktora. Miał pomysł na swojego bohatera, jednak grał w takim tempie, że postaci traciły na swoim charakterze i wymowie.

Finałowy występ Urszuli Szydlik-Zielonki w „Nie tylko dla siebie” wprawił mnie w osłupienie. Nie dość, że tekst jest niezrozumiały, to gra aktorki wytrąca z równowagi bezmyślnym i beznamiętnym „odklepaniem” roli.

Ostatecznie V Festiwal Monodramu Monoblok można uznać za artystycznie ciekawy i różnorodny. Udało się w tym roku uściślić tematycznie monodramy, choć być może był to przypadek. Widać potrzebę indywidualnej kreacji, sprawdzenia się transparentnie na scenie, gdzie widz musi być surowy. Patrzy przecież wyłącznie na jednego artystę. Od samego początku kibicowałam Monoblokowi, nadal patrzę przychylnym okiem na działania dyrektora festiwalu Marka Branda. Żal mi jedynie aktorów, których ogląda tak mało ludzi.

Jury w składzie: Marta Jankowska, Leszek Bzdyl i Janusz Stolarski przyznało trzy nagrody:

I nagrodę w wysokości 4 000 zł  Aleksandrze Kugacz za monodram „Wyjścia”

II nagrodę w wysokości 3 000 zł Annie Iwasiucie-Dudek za spektakl „Bóg jest kobietą o jednej piersi”

III nagrodę w wysokości 2 000 zł Magdalenie Płanecie za „Ćmę – Marylin Monroe, jakiej nie znacie”

 

V Festiwal Monodramu Monoblok, Klub Plama, Gdańsk, 14-15.11.2014

Dodaj komentarz