Dyskretny urok porównań. Podsumowanie VI Festiwalu Wybrzeże Sztuki

Ten Festiwal nie powstał za pieniądze Unii Europejskiej.

Dyskretny urok porównań. Podsumowanie VI Festiwalu Wybrzeże Sztuki

Katarzyna Wysocka, Piotr Wyszomirski

 

Odbywający się przez 9 dni w Gdańsku i Sopocie przegląd teatralny zorganizowany przez Teatr Wybrzeże był imprezą udaną. Mimo problemów finansowych tegoroczny zestaw spektakli usatysfakcjonował trójmiejską publiczność, która nadkompletami wypełniła Dużą Scenę i Malarnię w Gdańsku oraz Scenę Kameralną w Sopocie. Zaprezentowane produkcje można podzielić na trzy części: głośne spektakle krajowe („Nietoperz” TR Warszawa (premiera 2012), „Lubiewo” Teatru Nowego z Krakowa (2011), „Paw królowej” Starego Teatru także z Krakowa (2012) oraz tegoroczna„Balladyna” Teatru Nowego z Poznania), prezentacje gospodarzy („Amatorki”(2012) i premierowane na Festiwalu „Czarownice z Salem”) oraz spektakle szkół teatralnych: „Ufo.Kontakt” z Krakowa,„Love & Information” z Wrocławia  oraz „Shopping and Fucking” z Łodzi. Taki zestaw prowokował do nieuniknionych porównań, których wynik jest następujący: spektakle gospodarzy nie tylko nie odstawały od innych, ale należały do najlepszych, a poziom szkolenia aktorskiego jest bardzo zróżnicowany.

Z sześciu „dorosłych” propozycji zdecydowanie odstawała inaugurująca „Balladyna” Marcina Cecki w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. To miał być zły spektakl i był. W nieoficjalnej klasyfikacji-licytacji atrakcji polskiego teatru współczesnego wysoko znajdzie się wykorzystana w przedstawieniu instalacja Huberta Czerepoka „Naród sobie”. Neon, jednoznacznie przypominający wstęgę nad historyczną bramą obozu w Auschwitz, ma prowokować, a wzbudza jedynie politowanie, tak jak cała zresztą prezentacja.  Produkcja Teatru Polskiego wpisuje się w poetykę gatunku, który z nieodpartej konieczności etykietowania i okiełznania zagubionej percepcji nazwać można „Teatrem tańczącej dziewczyny”.(więcej w naszej recenzji).

Świat znalazł się w takim miejscu, że przywrócenie stabilności jest niemożliwe. Humanitarne uśmiercanie, legalne i mniej legalne, społecznie kontrowersyjne, choć użyteczne, w dużych ilościach jednak nie do zaakceptowania – to kilka przykładów na to, jak ludzie radzą sobie współcześnie z lękami własnymi i innych. Kornél Mundruczó w „Nietoperzu” TR Warszawa zafundował odbiorcy znakomicie przemyślany teatr wsparty filozofią sztuki umierania, ludzkim odorem interesowności i …operetką „Zemsta nietoperza” Johanna Straussa w tle. Stwardnienie zanikowe boczne głównego bohatera, 81-letniego Gustawa, to nieuleczalna choroba, której skutek postanowił przyspieszyć, poddając się dobrowolnie śmierci przez wypicie jednym haustem nembutalu. „Wszystko toczy się przyzwoicie” do czasu, kiedy żona Gustawa, Iris, w wyniku strachu przed samotnością, poświadcza publicznie i do kamery, że również jest nieuleczalnie chora, co zostaje przez szefa kliniki przyjęte, spisane i przygotowane do zawarcia opłacalnej transakcji. Nic tak nie powinno zawstydzać człowieka, jak jego skłonność do mordowania bliźniego, jak zgoda na relatywizm moralny oparty wyłącznie na „zapotrzebowaniu rynku”. Spektakl „podany” w przemyślanym rytmie, wydaje się do pewnego momentu, że niespieszny, że jest okazja poznać „bliżej” poszczególne postaci i oswoić się z nimi oraz śmiercią. Spektakl kipi od niedopowiedzeń, zmusza widza do uważności, do wyławiania gestów poszczególnych postaci, wyłapywania niuansów znaczeń, do poszukiwania odpowiedzi, dokąd to wszystko prowadzi. Reżyser potraktował temat niezwykle poważnie, rozbijając poszczególne sceny tak, aby uwypuklić rozgrywający się dramat. Posłużył się groteską, aby widz miał czas oswoić się z porażającym stanem faktycznym. Mimo że tym razem węgierski reżyser nie pracował ze swoim zespołem, spektakl zawiera charakterystyczne składniki mundruczowskiego stylu, w tym „aktywność muzyczną” wykonawców. Aktorsko spektakl popisowy, choć wydaje się, że wszyscy grają „niechlujnie”. Każda z postaci dopracowana, przemyślana i na swój sposób ciekawa. Sebastian Pawlak boleśnie prawdziwy. Sterylne uśmiercanie, w komfortowych warunkach, dostosowane do oczekiwań klienta, z gwarantowanym pogrzebem – czy to stanie się naszym możliwym do spełnienia marzeniem?

Gorąco przez przeważającą część trójmiejskiej publiczności zostało przyjęte „Lubiewo” według powieści Michała Witkowskiego i w reżyserii dyrektora Teatru Nowego z Krakowa, Piotra Siekluckiego. Historia dwóch starzejących się homoseksualistów, a właściwie ciot, jak o sobie samych mówią Lukrecja i Patrycja, jest przełomowym dziełem w polskiej literaturze głównego nurtu w obszarze prezentacji tematyki homoseksualnej. Poznajemy nieznany dotąd wymiar wykluczenia i koloryt „Gejerelu” na przykładzie Wrocławia i Lubiewa, plaży dla homoseksualistów, dowiadujemy się o „Spalonej Pikiecie” i lokalu „Orbisu”, który z rozrzewnieniem przywołują Lukrecja i Patrycja, wypowiadając z uwielbieniem słowo „Sirbo”. Bohaterowie opowieści z nostalgią wspominają uroki i korzyści PRL-u, tęsknią za radzieckimi żołnierzami, których obsługiwały w wielkich ilościach. To nie radosny homoseksualizm z „Klatki dla ptaków”, to mrok „Querelle” Geneta i Fassbindera, świat podziemny, dla wtajemniczonych, daleko poza marginesem oficjalnego, akceptowalnego życia. Lukrecja i Patrycja reprezentują „wyższy poziom dna” – nie są artystami czy intelektualistami, są prostymi ludźmi, żyją  ze skromnej renty. Naturalizm, z jakim pokazani są pensjonariusze „Pikiety”, a szczególnie weryzm językowy, który towarzyszy relacjom z „lujami”, jest wyzwaniem estetycznym dla odbiorcy. To coś dużo więcej niż zwykłe wulgaryzmy, na które publiczność z reguły reaguje wybuchami wesołości i generalnie akceptuje. Jak większość inscenizacji opartych na prozie, „Lubiewo” grzeszy nadmiarem słów, za mało jest interakcji między postaciami i pomysłowych rozwiązań scenicznych. Za najciekawsze można uznać scenę z płonącym alkoholem nawiązującą do „Popiołu i diamentu”, w której bohaterowie oddają hołd zmarłym ciotom i pedałom  oraz taniec śmierci w wykonaniu Mikołaja Mikołajczyka (AIDS). Świetnym pomysłem było także wykorzystanie głosu Krystyny Czubówny, który najczęściej kojarzy nam się z filmami przyrodniczymi, niezapomnianą kreację stworzył Piotr Sanakiewicz w roli Lukrecji.

Dorota Masłowska wprowadza czytelnika w świat prześmiewczego cynizmu, zbudowanego na tym, co ludzkie i polskie, a w odniesieniu do „Pawia królowej”, także, co typowo warszawskie.  Niczym Gombrowicz sunie poprzez leksykalny  gąszcz przestawień, wykorzystując slogany, tytuły prasowe, tendencje, szablony i klisze, dowodząc, jak naród pomysłowo przysparza tematów i inspiruje. Masłowska nie wnika w procesy skrajnego szaleństwa, ale przenikliwie naśladuje, odtwarza stan „produktów” medialnych, które prowokują do przedrzeźniania i wyśmiewania. Autorka nie proponuje pogłębionej analizy, nie mówi niczego nowego o medialnych bogach i schemacie polityki promocji, podobnie jak reżyser spektaklu, Paweł Świątek. Na scenę wprowadził czworo aktorów, którzy bardzo sprawnie wpisali się w rytm i filozofię prozy Masłowskiej. Świadomie przerysowani, świadomie perfekcyjni i zalewający widza potokiem słów, przed którymi nie można uciec. Historia poszczególnych postaci zlewa się z ich językowym bełkotem, widz traci poczucie, kto jest kim i co właściwie jest przedmiotem jego problemu. Napastliwość słowna postaci podkreślona zostaje również przez dynamikę ruchu i gestu. Świat poprawny politycznie, obłudny, uginający się pod presją mody, chwili, przypadku, wygodnictwo i szpetna interesowność, oto nasze znaturalizowane  środowisko – a wszystko za pieniądze Unii Europejskiej, parafrazując tekst sztuki. Pochwała dla reżysera, że tak dobrze odtworzył muzyczny język modnej autorki, pozwalając aktorom panoszyć się scenicznie i rytmicznie, wyprowadzając widza z fotela spokoju.

Gospodarze wytypowali do przeglądu dwie propozycje. Zbierające nagrody i zaproszenia „Amatorki”Eweliny Marciniak według Elfriede Jelinek to historia dwóch par Brigitte i Heinza oraz Pauli i Ericha, którzy wchodzą nieustannie w dojrzałość. Najpierw w tej dojrzałości się gubią, bo nie mają bazy w postaci systemu wartości wyższych, następnie tę dojrzałość próbują nazywać i oswajać. Na końcu okazuje się, że dojrzałość to tylko pusty frazes, który ogołaca i wprowadza chaos w i tak pogmatwanym świecie znaków.  Mamy do czynienia z bohaterami przeciętnie rozgarniętymi (czasem poniżej średniej krajowej), choć doskonale rozwiniętymi fizycznie, atrakcyjnymi zewnętrznie i operującymi „zewnętrznymi” kategoriami wartości. Brak wśród nich boga i miłości. Amatorstwo postaci w pojmowaniu świata funkcjonuje bez zastrzeżeń, doprowadzając kobiety na skraj szaleństwa, w mężczyznach kształtując nawyki radzenia sobie siłą, poprzez przemoc, z najprostszymi i bardziej skomplikowanymi problemami. Trzecia para bohaterów, Matka i Ojciec, to wytrawni pozoranci, którzy są w stanie obdarzać siebie jedynie przyzwoitą nonszalancją. Stanu dojrzałości nie osiągną nigdy, ponieważ wybrali pustkę bycia we dwoje. Niezależnie od płci świat pokazany przez Jelinek i Marciniak nie zaprasza do siebie, jest odpychający i skazany na dławiąca ciemność. Polifonia głosów staje się harmonią beznadziejności i prymitywizmu. (więcej w naszej recenzji)

Można już zaryzykować stwierdzenie, że Adam Nalepa jest największym talentem reżyserskim, jaki pojawił się w naszym regionie od wielu lat. Choć w Gdańsku zrealizował dopiero i niespiesznie cztery spektakle, a w sumie niewiele więcej, to szczególnie na przykładzie dwóch ostatnich możemy mówić o pewnych konsekwencjach, które tworzą coraz lepiej rozpoznawalny język teatru reżysera „Nie-Boskiej komedii”. To już reżyser dojrzały, świadomy środków wyrazu, odważny. Bezceremonialnie kradnie sceny, artefakty, obrazy i dźwięki, ale najczęściej służy mu to  do opowiedzenia własnej wersji, wzmocnienia, uzupełnienia czy aktualnej dygresji. W „Czarownicach…” jest i Twin Peaks, i Marylin Manson, i Maria Peszek, i voo doo, i nie tylko, ale prawie wszystko rezonuje. Prawie, bo na przykład druga deziuluzja, po scenie w sądzie, niepotrzebnie zabiera nam niezwykłą energię wyzwoloną przed chwilą – takim momentom powinno się dać wybrzmieć, a nie brutalnie je likwidować. (więcej w naszejrecenzji)

Co dalej z Adamem Nalepą, czyli czy to jest ten moment ?

Ciekawym i pouczającym pomysłem był mini festiwal szkół teatralnych. Uczelnie zaproponowały reżyserię studenckich spektakli czołowym inscenizatorom polskiego teatru. Iwan Wyrypajewzaprezentował własną sztukę w wykonaniu krakowskich nadziei. „Ufo.Kontakt” to 10 monologów postaci, z których 8 spotkało ufo, a jedna doznała iluminacji już bez udziału istot pozaziemskich. Ascetyczna forma, niewyszukane wizualizacje i morze słów wystawiły na ciężką próbę bardziej wymagającą publiczność, ale to właśnie spektakl Wyrypajewa był najciekawszy w triadzie młodości aktorskiej. Absolutnym ewenementem, jak na polski teatr współczesny, było pozytywne przesłanie płynące ze sceny. Mąż Karoliny Gruszki jest romantykiem, wierzy w dobro i człowieka. Każdy z nas, bez względu na wiek i pochodzenie, może dostąpić łaski oświecenia, spotkania z absolutem i wyzwolenia, mówi autor „Euforii”. To niecodzienne, przez to oryginalne przesłanie, przekazuje nam dziesiątka aktorów, z których niektórzy mają szansę rozpocząć pracę w zawodzie wyuczonym.

Na pewno swoje miejsce na scenie i przed ekranem powinni znaleźć Piotr Bondyra(Gary) i Marcel Sabat(Mark), para z „Shopping and Fucking” Marca Ravenhilla w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiegoi wykonaniu dyplomantów z Łodzi. Ich propozycja to kolejne, skromne scenograficznie przedstawienie, bazujące głównie na tekście, który już nie szokuje, za to ukazuje słabości i powierzchowność. Nie było cienia skandalu, jaki towarzyszył wystawieniu Pawła Łysaka w 1999 roku, za to dużo o spółkowaniu, które jest ersatzem uczuć. Okazuje się, że „nowi brutaliści”, gdy przestali być modni, nie mają wiele do zaproponowania.

Klęską na całej linii było zamykające przegląd „Love&Information” Caryl Churchill w tłumaczeniu Pawła Demirskiego i w reżyserii Moniki Strzępki. W odróżnieniu od poprzednich prezentacji, wrocławska była już pełnoformatowa. Duża Scena zaadaptowana podobnie jak w „Tęczowej trybunie”, czyli publiczność na scenie, do dyspozycji aktorów cała przestrzeń teatru. Tekst to 56 scenek o różnej długości, w których  na przeróżne tematy wypowiada się ponad 100 postaci, granych przez 14. wykonawców. Taka konstrukcja daje możliwość wszechstronnego pokazania się aktorom, stworzenia dopracowanych w najmniejszym szczególe etiud, perełek wręcz. Niestety, dyplomanci zawiedli na całej linii, poziom ich prezentacji irytował i smucił na przemian, stawiając pytanie o zasadność dalszej pracy w zawodzie. Trudno przez to obiektywnie ocenić pracę reżyserki, choć pytanie o wyczerpanie formuły nasuwało się nieuchronnie. Czy teatr Demirskich ma rację bytu w oderwaniu od polskości i codzienności? Czas pokaże nieuchronnie, bo katalog polskich grzechów i podłości powoli się kończy. Czekamy na „Naród”.

Wybrzeże Sztuki nie jest fotografią i diagnozą kondycji polskiego teatru, ale wybór spektakli w głównym nurcie był satysfakcjonujący. Tak jak trudno sobie wyobrazić lokalne życie teatralne bez tej propozycji, tak zdecydowanie można, a nawet trzeba, wyobrazić, a na razie wymarzyć, jego kształt w przyszłości. Jeśli ma być oknem wystawowym naszej sceny, termin nie powinien kolidować z innymi, ważnymi imprezami w kraju. Powinno się wrócić do spotkań z artystami, dziwi i smuci niechęć wykonawców do rozmowy z widzami. Organizatorzy powinni mieć gwarancje finansowe, które umożliwiłyby kontraktowanie spektakli z wyprzedzeniem, a samych prezentacji spektakli powinno być więcej (jedno „Lubiewo” to za mało). Rosnąca pozycja Teatru Wybrzeże zasługuje na dobry Festiwal, nawet międzynarodowy i metropolitalny.

VI Festiwal Wybrzeże Sztuki, 22-30 kwietnia 2013, Gdańsk-Sopot.

Źródło: Gazeta Świętojańska

 

 

Dodaj komentarz